lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Nasze polskie różańce

Ita Turowicz

NASZE POLSKIE RÓŻAŃCE
001

Różańce dla więźniów

W niedzielę 13 stycznia 2013 wybraliśmy się z mężem na Mszę św. za Ojczyznę do warszawskiego kościoła pw. Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście. Z radością zobaczyliśmy w koncelebrze księdza Stanisława Małkowskiego, kapłana wiernie towarzyszącego modlącym się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Po Mszy św. do pulpitu podszedł mężczyzna, który przedstawił się jako Jan Tul. Jest organistą w Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie. Trzymał w ręku całą wiązkę kolorowych różańców. Powiedział, że od kilku lat robi różańce i wykonał ich już 120 tysięcy, czyli w przybliżeniu 90 kilometrów. Oczywiście, nie robi ich sam. Zebrał wokół siebie grupę ludzi dobrej woli, zajmujących się gromadzeniem plastikowych nakrętek po butelkach, które potem –  przemielone – przetapia się na paciorki i krzyżyki. Po nawleczeniu na sznureczki i poświęceniu przez kapłana trafiają do zakładów karnych, poprawczaków.

00228-letni Piotr (z lewej) i Jan Tul, prezes Fundacji Tulliano, która prowadzi  akcję „Różaniec dla więźnia”

Pan Jan, poprzednio skromny organista spod warszawskiego Sulejówka, większą część życia podporządkował nie muzyce organowej ani sprawom osobistym, ale Panu Bogu i misji przyprowadzania do Niego więźniów osadzonych w zakładach karnych rozsianych po całej Polsce. Początkowo prosił o różańce pielgrzymów, zbierał je setkami i rozdawał. Jan Tul, z nieodłączną gitarą i torbą różańców, odwiedził dziesiątki więzień, dotarł aż na Podkarpacie, towarzysząc wielu osadzonym na drodze nawrócenia, przygotowując ich do chrztu, Pierwszej Komunii świętej i bierzmowania. Mówi im: „Choćbyście mieli ręce czerwone od krwi, jeśli pojednacie się z miłosiernym Bogiem, wasze ręce i dusze jak śnieg wybieleją”. Wspomagają go byli więźniowie, którzy sami doświadczywszy Bożego miłosierdzia, próbują otwierać na nie innych. Z Fundacją założoną przez pana Jana, Tulliano, współpracuje wielu kapelanów więziennych z całej Polski.

Podczas swojej wieloletniej posługi Jan Tul doświadczył licznych cudów, które zdarzyły się za więziennymi murami. Mówi: „Nie jest łatwo żyć za kratami. Wielu osadzonych nie może pogodzić się z karą, którą przyszło im odbyć, innym sumienie nie pozwala zaznać spokoju. Pamiętam więźnia, który próbował skończyć ze sobą kilka razy. Połykał łyżki i inne przedmioty. Gdy akurat przybyłem do tego więzienia z różańcami, próbował targnąć się na swoje życie po raz kolejny. Wszystko przygotował, stryczek, krzesło, wystarczyłoby, żeby je kopnął i byłoby po nim. Gdy pracownik więzienia wszedł do celi, desperat stał na krześle, a w ręce trzymał różaniec. Nie skoczył. Zaczął płakać”. Innym razem pan Jan trafił do więźnia, który zachowywał się jak opętany. „Przybyłem do niego z różańcem, a z jego ust płynął taki potok bluzgów pod adresem Boga, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Postanowiłem jednak, że się za niego pomodlę. Ja odmawiałem różaniec, a on szalał. Gdy został przywiązany, tak się wyrywał, że poranił sobie ręce. Ale nie ustępowałem. Modliłem się coraz gorliwiej i (…) człowiek ten uwolnił się od mocy szatana. Walczyłem o niego, a Chrystus go uwolnił”.

Są areszty, w których sami więźniowie przełamali wstyd przed kolegami i zamiast bez celu dreptać po spacerniaku, biorą do ręki nitki, igły i paciorki i nawlekają z nich różańce. A one potem trafiają do innych więźniów, do młodzieży w poprawczakach, izbach policyjnych.

003Więźniowie, którzy zobowiązali się, że do końca odbywania kary będą montować różańce dla swoich współbraci

Tylko że to wszystko jest nadal kroplą w morzu potrzeb. Jan Tul apeluje więc do osób samotnych, chorych, dysponujących czasem, by zechciały się przyłączyć do dzieła jego fundacji. Duchową pomoc więźniom można okazać także przez duchową adopcję. Kapelani więzienni dostarczają fundacji imiona więźniów, którzy proszą o modlitwę. Wyrazem włączenia się do duchowej adopcji jest przyjęcie obrazka np. Matki Bożej Częstochowskiej z imieniem więźnia, za którego przystępujący do akcji podejmuje codzienną modlitwę. Obrazki takie są przekazywane zainteresowanym, rozdawane na Jasnej Górze pątnikom, wiernym przybywającym z pielgrzymką do Niepokalanowa. Można je też otrzymać za pośrednictwem Fundacji Tulliano. (Kontakt: tel./fax  (22) 783 47 65; info@tulliano.org.pl).

004Ksiądz Prymas Józef Glemp odznacza Jana Tula orderem prymasowskim „Ecclesiae Populoque servitium praestanti” (Za zasługi dla Kościoła i Narodu)

Różańce katyńskie

Praca organisty w Świątyni Opatrzności Bożej stwarza wiele okazji do obcowania z cieniami wielkich rodaków, których doczesne szczątki zostały złożone w kryptach Panteonu Wielkich Polaków w dolnym kościele. Jednym z nich jest niezapomniany ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski herbu Jastrzębiec, kapelan Rodzin Katyńskich i Pomordowanych na Wschodzie, ułan krechowiecki, harcmistrz, doktor filozofii, zmarły w październiku 2007 roku. A przedtem jeden z nielicznych jeńców Kozielska, którym Bóg pozwolił uniknąć strzału w tył głowy w katyńskim lasku.

Księdza Peszkowskiego miałam szczęście poznać w 2003 roku, podczas kolacji wigilijnej w wydawnictwie Reader’s Digest, z którym wtedy współpracowałam. Nazajutrz wybierał się do Rzymu na Wigilię do Ojca Świętego Jana Pawła II. Dostałam wtedy od niego obrazek z betlejemskim żłóbkiem, z zanotowanym adresem i telefonem, z którego przyszło mi potem wiele razy korzystać. Jak i z gościny u księdza w jego mieszkanku przy ulicy Kanonia obok katedry św. Jana. Każde pożegnanie z księdzem kończyło krótkie harcerskie „Czuwaj!”.

Sieradz zawdzięcza księdzu prałatowi Peszkowskiemu wspomnienia syberyjskie pani Marii Melowej, książkę Sieradzanka z Kołomyi. Kiedy bowiem pani Maria ociągała się z daniem świadectwa tym doświadczeniom („Pani Ituniu, w to nikt nie uwierzy!”), poproszony przeze mnie ksiądz prałat natychmiast zasiadł z piórem w ręku i napisał swoim zamaszystym pismem: „Droga sercu Pani Mario! Proszę Cię, podyktuj swoje wspomnienia”. Poruszona i zobowiązana tymi słowami pani Maria już na drugi dzień gotowa była do podzielenia się przeżyciami z nieludzkiej ziemi. A ksiądz prałat potem napisał do nich przedmowę.

005

Tym, co urzekało w postaci kapłana-harcmistrza, była jego trzeźwość w ocenie sytuacji politycznej, w jakiej znajduje się nasza Ojczyzna, a także – albo przede wszystkim – żarliwy patriotyzm, ukochanie Polski, jej losów i jej bohaterów. Nigdy nie zapomnę zdjęcia księdza Peszkowskiego podczas ekshumacji ofiar Katynia, jak klęcząc pochylony – w sutannie i białej stule – bierze w dłonie i błogosławi różańcem jedną po drugiej wszystkie te biedne, przestrzelone czaszki ofiar sowieckiej zbrodni. Z takim wyrazem bolesnej czułości na twarzy.

I drugie niezapomniane dla mnie wspomnienie związane z księdzem Zdzisławem Peszkowskim to jego modlitewne życzenie wypowiedziane kiedyś, późną nocną porą, na antenie Radia Maryja: „Oby także nasza wieczność była w kolorze biało-czerwonym”. Jeśli dotąd nie pokochałam księdza prałata, to stało się to dokładnie w tamtej właśnie chwili. I ta modlitwa jest odtąd i moją modlitwą.

Wracam do różańców katyńskich Jana Tula. Otóż wyznał on w kościele Matki Bożej Łaskawej, że kiedyś, po kilkugodzinnej modlitwie u krypty księdza prałata Peszkowskiego otrzymał nowe natchnienie Ducha Świętego. I następnego roku wprowadził je w czyn. Kiedy „Siedemnastki” Akademickie wychodzą 5 sierpnia z Warszawy na Jasną Górę, ich pierwszy etap prowadzi do Świątyni Opatrzności Bożej. W 2009 roku po raz pierwszy Jan Tul rozdał młodym pielgrzymom wybrane losowo różańce, spośród 17 tysięcy poświęconych przez księdza prymasa Józefa Glempa w październiku 2008 roku, do których przyczepione były emblematy imion, nazwisk i stopni wojskowych pomordowanych w Katyniu oficerów. W ten sposób „poszli” oni wraz z młodymi Polakami do Jasnogórskiej Pani. W Częstochowie pan Jan zebrał różańce, pozostawiając pielgrzymom emblematy z „ich” omodlonymi oficerami, by odtąd pamięć o katyńskich ofiarach była obecna w ich domach. A różańce – wraz ze swoją nową historią – powędrowały starym szlakiem do więzień i poprawczaków.

006

Wizerunkek Matki Bożej Katyńskiej  

008Witraż w kościele pw. Zbawiciela Świata w Ostrołęce.
Ksiądz Zdzisław Peszkowski błogosławiący ofiary Katynia.


Na dole motto:

Nam kazano kłaniać się okolicznościom.
Prawdom, by za drzwiami stały.

C.K. Norwid

W istocie motto owo jest gorzką parafrazą cytatu z Norwida, który brzmi: „Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom, a Prawdom kazać, by za drzwiami stały”.

Różańce smoleńskie

Po Mszy św. za Ojczyznę u Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy, Jan Tul wystąpił z nową inicjatywą. Zginęło tylu naszych wybitnych rodaków, tłumaczył, gdy śpieszyli na uroczystości katyńskie, by oddać hołd pomordowanym oficerom. Nie byli przygotowani na śmierć, a przynajmniej nie wszyscy. Do Boga należy miłosierdzie, do nas natomiast – obowiązek wyjaśnienia wszystkich okoliczności tej strasznej narodowej tragedii, ale i – modlitwa za nich. Dlatego teraz pan Jan robi z przetopionych nakrętek kolejne różańce i do każdego z nich doczepia emblemat z imieniem, nazwiskiem, pełnioną funkcją czy stopniem wojskowym ofiar smoleńskiej hekatomby. Zachęca też, by kto tylko może, posadził w swoim ogródku drzewo, najlepiej Dąb Pamięci, z tabliczką ofiary smoleńskiej lub katyńskiej. By ta pamięć wrastała w nasz dzień powszedni i w naszą własną historię.

Gdyśmy opuszczali kościół, pan Jan Tul stał przy drzwiach wyjściowych i rozdawał różańce, a także ulotkę zatytułowaną „Kiedyś rozrabiali, a teraz robią różańce”, z której zaczerpnęłam część informacji –  by zachęcić jak najwięcej osób do współpracy przy ratowaniu młodych ludzi zagrożonych deprawacją – za pośrednictwem modlitwy różańcowej. I wytwarzania różańców. Mnie dostał się różaniec w żółtym kolorze, na emblemaciku zaś już w domu przeczytałam:

Smoleńsk, 10 IV 2010

A na drugiej stronie:

ŚP. Lech Kaczyński
Prezydent
Rzeczypospolitej
Polskiej

009